Zawartość

#Rozmowa-na-dzień-niepodległości. Ja się nie poddaję. Nie wolno się poddawać. Tomasz Piesiecki z Białegostoku

Data: 
2020-11-10

To fragment książki „Z urzędu. Nieurzędowy raport ze skarg, rozmów, spotkań z Rzecznikiem Praw Obywatelskich VII Kadencji 2015–2020 Adamem Bodnarem” Jej bohaterowie opowiadają, jak „w trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny” walczą o wartości i prawa zagwarantowane w Konstytucji.

Tomasz Piesiecki w 1992 r. został potrącony przez samochód. Miał wtedy trzy lata – od tego czasu porusza się na wózku. Sprawca wypadku nie miał OC, więc odszkodowanie i zadośćuczynienie wypłacił państwowy Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny. Wypłacił maksymalną kwotę, jaka była możliwa w 1992 r. – 720 tys. zł (kwota po denominacji). Na całe dalsze życie, na rehabilitację, na dostosowanie domu do potrzeb dziecka rosnącego na wózku.

Starczyło na 20 lat. I wtedy okazało się, że więcej państwo polskie nie musi. Bo takie są przepisy.

Pan Piesiecki przyszedł na spotkanie regionalne z Adamem Bodnarem 29 stycznia 2016 r. w Białymstoku po tym, jak przegrał sprawy przed sądami. RPO złożył w jego sprawie skuteczną skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego. Sprawa wróciła do sądu I instancji, który w 2019 r. w imieniu Rzeczypospolitej przyznał panu Piesieckiemu rentę, która ma mu wynagrodzić dodatkowe koszty, jakie ponosi, by móc w miarę normalnie funkcjonować. A Sejm przyjął ustawę dającą osobom w podobnej sytuacji prawo do renty. „Ustawa Tomasza Piesieckiego” weszła w życie 28 września 2019 r.

Pan Piesiecki pilnował prac legislacyjnych osobiście korzystając ze swoich praw obywatelskich.

Tomasz Piesiecki: – Jak to się udało, że nasz projekt zamienił się w prawo?[1].

Pierwsza zasada – traktować partnera z godnością – i zachowywać swoją godność. Nigdy nie zachowywałem się jak petent – nie prosiłem, tylko proponowałem, konsultowałem.

Zasada druga – nie wolno się poddawać. Z ustawą jest tak jak z każdą inną sprawą – jeśli szef obieca pani podwyżkę, ale za dwa miesiące, to nie można po prostu czekać. Trzeba się dopytywać, sprawdzać.

Trzecia zasada – rozmawiać ze wszystkimi, niezależnie od ich poglądów politycznych. Sam mam bardzo jasno sprecyzowane poglądy na politykę, ale rozmawiałem w tej sprawie z panem posłem Szewczakiem. i z senatorem Libickim, i z posłem Kukizem.

Jak pani wie, prace na komisji w Sejmie zajmują cały dzień. A miejsce, gdzie można coś zjeść, jest jedno – restauracja sejmowa. Tam jest dosyć ciasno. Więc albo się ktoś przysiądzie, albo ja się przysiadałem. I rozmawiałem.

Pisałem też pisma – do posłów, do Ministerstwa Finansów. Moją rolą było też, żeby pan prezydent Duda wiedział, co to za sprawa, i żeby pan premier Morawiecki wiedział. Żeby kojarzyli.

– Jak się dostałem do Premiera?

– To nie takie proste. Do pani premier Szydło dostać mi się nie udało, dopiero w Sejmie z pomocą pani poseł Pawłowicz miałem okazję z nią rozmawiać. Wiedziałem, że do premiera Morawieckiego też się tak łatwo nie uda. Pisałem więc do jego ojca, śp. pana Kornela Morawieckiego, bo był posłem. A on przekazywał te pisma do premiera, o czym przekonałem się później. I premier wiedział.

Wie pani, tego dnia, 17 lipca 2019 r., byłem w Sejmie w nocy [tego dnia było trzecie czytanie projektu ustawy ratunkowej dla osób, którym wyczerpały się sumy gwarancyjne. Ważyły się losy projektu – red.].

Niewielu posłów już było na sali, ale widziałem, że będzie premier. Pomyślałem, że o tej porze w Sejmie nie ma mediów, więc premier będzie mógł bez obaw rozmawiać. Bo takim ruchem z mediami wszystko można spalić. Jeden zły krok i koniec.

Udało mi się. Podjechałem na wózku. Premier się zatrzymał. Podałem imię i nazwisko. Premier na to: – Ach to pan. To pan z moim ojcem też rozmawiał, prawda?

Tak że premier wiedział, o co chodzi. Skojarzył. Powiedział: „będzie załatwione”.

To było w czwartek nad ranem, a w piątek było głosowanie. 415 głosów było za.

Oczywiście to nie jest tak, że premier za tym stał osobiście. Przecież ważne osoby nie mogą nad każdym szczegółem panować.

Ale premier był dla tej sprawy jakby taką polisą ubezpieczeniową.

A z panem prezydentem spotkałem się dużo wcześniej, w Siemiatyczach. Wszyscy mi mówili: „Tomek, to bez szans jest”. Ale ja nie odpuszczam.

Jak prezydent wchodzi, to się ze wszystkimi wita, ludzie selfies sobie robią, bo to jednak wielka rzecz jest porozmawiać z prezydentem. I jak się witał ze mną, to przytrzymałem mu rękę i powiedziałem: „Muszę z Panem porozmawiać, Panie Prezydencie”. Ale nie w stylu „niech mi Pan pomoże”, tylko „ja się tym sam zajmuję, proszę o wsparcie”.

Bo jak się ważne osoby prosi i błaga o pomoc, to ważni ludzie bardziej czują władzę nad nami. A jak się wciąga w działanie, to to jest skuteczne.

I ludzie z ochrony poprowadzili mnie na zaplecze. Opowiedziałem dokładnie, prezydent słuchał. Powiedział, że złoży petycję, i że mam teraz stały wstęp do Kancelarii. Rzeczywiście, od tej pory na wszystkie wydarzenia w Kancelarii jestem zapraszany, a Prezydent żywo interesował się postępami prac.

– Jak to się udało?

– Jak mówiłem, trzeba rozmawiać. Każdą rozmowę prowadziłem tak, jakby była najważniejsza, ale wcale mogła nie być.

Tak naprawdę chodziło o to moje przekonanie, że naprawdę zrobiłem wszystko, co mogłem. Wtedy daje się robić następny krok.

Bo tu przecież o ludzi chodzi.

Choć jak teraz myślę o tej sprawie, to wydaje mi się, że najważniejsze były rozmowy o pieniądzach. Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny cały czas mówił, że ich nie ma. Zorientowałem się, że nie trzeba rozmawiać z Funduszem, bo on ma tylko to, co mu wpłacą ubezpieczyciele, więc ważni są ubezpieczyciele. I większą uwagę poświęciłem rozmowom z Polską Izbą Ubezpieczeń. W końcu pan prezes mówi: „Jeśli to nie jest dużo osób, to projekt poprzemy”.

Ale wszyscy mi mówią: „Tomek, co to jest »dużo«”? Wstawią jakiś warunek i nic z tego nie będzie”.

Dociskałem więc, a prezes mówi: „Proszę pana, jak obiecałem, to obiecałem”. To już mi było lżej. Pewnie, że ta ustawa wszystkich nie obejmuje, tylko jakieś 97%. Ale jakbym się dalej stawiał, to ci ludzie nie mieliby nic – bo oni już stracili prawa do renty.

– To jednak jest Pan realistą, a nie maksymalistą?

– Nie jestem hazardzistą. Ale gdyby mi powiedzieli, że załatwimy sprawę 20%, a reszcie nie – to bym im powiedział, żeby ze mną nie żartowali.

W takich skomplikowanych sprawach zawsze brakuje żywego przykładu, człowieka, jego historii – jest tylko przepis, dosyć trudny, i tabelki z liczbami.

Ja byłem takim przykładem. Rozumiałem, co znaczą przepisy, ale rozumiałem też, co to znaczy w życiu. Nie będę źle mówił na moje państwo. Instytucje mają wiele trudnych spraw, mogą przegapić moją. Ja mam w życiu tę jedną sprawę.

Na studiach też tak było, że w zabytkowym budynku uczelni nie było windy. I koledzy mnie na piętro wnosili. A dziekan tłumaczył się, że już próbował załatwić, ale uczelnia się nie zgodziła. Spytałem go więc, czy miał wtedy studenta na wózku. On na to, że nie, ale wiedział, że winda musi być. To ja mu mówię: Teraz pan ma mnie i ja to załatwię.

I teraz jest tam winda – nie dla mnie, ale dla innych.

– Jak się zaangażowałem w sprawę sum gwarancyjnych?

– Cztery lata temu, w 2016 r. sędzia w Białymstoku wydając wyrok powiedziała: „Ja wiem, że panu te pieniądze są potrzebne i ja bym je panu zasądziła. Ale takie jest prawo. Nie mogę. Chyba że pan zmieni prawo”.

Tak to zapamiętałem. „Zmienić prawo”.

Tylko ja wtedy nawet ze skargą kasacyjną miałem problem. Miałem prawnika z urzędu, on chorował, a na koniec powiedział, że nie wie, jak to napisać. A do upływu terminu został jeden dzień. Kto pani napisze skargę do Sądu Najwyższego w jeden dzień?

Ale ja naprawdę nie odpuszczam. Opowiedziałem o tym na spotkaniu z RPO Bodnarem, a rzecznik na to, że może sprawę podjąć, bo jemu terminy się inaczej liczą. On ma jeszcze czas.

I wtedy powiedziałem:

Bo ja nie jestem sam. Są też inni.

Tak po prostu mam.

Rzecznik na to: to napiszemy petycję do Senatu o zmianę prawa. A ja, też odruchowo: – Chcę w tym brać udział.

Tak się zaczęło.

Jak byliście z Rzecznikiem na spotkaniu w Białymstoku drugi raz, wiosną w 2019 r., powiedziałem, że nasz projekt utknął w podkomisji sejmowej, że czasu jest mało, i że zaraz się skończy kadencja. I że już nie mam sił – jeśli się w tej kadencji nie uda tego załatwić, to ja nie dam więcej rady.

Ale to nie była prawda. Powiedziałem tak, bo na tym spotkaniu byli ludzie, którzy mają bardzo ciężko chore dziecko. Chciałem, żeby wiedzieli, że wiem, jak to jest nie mieć nadziei. Ale też sobie myślę, że Droga Krzyżowa by inaczej wyglądała, gdyby się Pan Jezus położył i powiedział: „To już mnie sami zanieście na Golgotę”. Jak się upadnie, to trzeba wstać. Ja bym nie odpuścił i w przyszłej kadencji.

Pamiętam z dzieciństwa taką scenę ze szpitala: próbuję sobie zawiązać buty. A to jest ciężko, kiedy jeszcze te nogi nie reagują, nie czuje się stopy czy palców, które mogą być podwinięte i trudno sobie z butem poradzić. Jakaś kobieta krzyczy na moją mamę: co z pani za matka, żeby takiemu dziecku butów nie zawiązać. A mama mówi: Ja wiecznie żyć nie będę. Czego się teraz nauczy, to będzie miał.

Nauczyłem się nie odpuszczać.

Więc to tak wygląda.

Ale jak już rozmawiamy tyle czasu, to proszę mi powiedzieć, kiedy się kończy kadencja Rzecznikowi

– We wrześniu 2020 r.

– A czy jak się skończy kadencja, to podjęte sprawy przepadają?

– Nie, co zaczęte młócimy do końca.

– Bo ja się muszę umówić z Panem Rzecznikiem. Trzeba się zająć emeryturami EWK [opiekun osoby z niepełnosprawnością nie dostaje świadczenia pielęgnacyjnego, jeśli ma prawo do emerytury – nawet groszowej; chodzi o to, by przyznać im świadczenie, które uzupełniałoby tę emeryturę do poziomu świadczenia pielęgnacyjnego]. Wiem, że była petycja do Senatu i że sprawa na koniec upadła w 2019 r. Nie rozumiem tego. Muszę sprawdzić, czego tam zabrakło. I jak już będzie nowy Sejm, to się od razu te petycję wrzuci.

Ja to zrobię. Tylko potrzebuję kogoś od Rzecznika. Kogoś, to będzie w stanie w odpowiednim momencie to jedno zdanie prawnicze dorzucić. Żeby nie utknęło. Ja tego tak nie zostawię.

Cezary Walendzik, naczelnik wydziału przyjęć interesantów Biura RPO

Wydział przyjęć interesantów to liniowa jednostka Biura. To oni przyjmują ludzi w Biurze w Warszawie, jeżdżą na dyżury w innych miastach, dyżurują przy telefonie – bezpłatnej infolinii RPO 800 676 676. Są częścią Zespołu Wstępnej Oceny Wniosków – grupy prawników, którzy czytają wszystkie pisma i decydują, jak je załatwić i jakiemu zespołowi eksperckiemu w Biurze przekazać do zbadania. Bardzo dużą część spraw załatwiają sami – interweniują, radzą, informują.

Cezary Walendzik prowadził sprawę Tomasza Piesieckiego: był na spotkaniu regionalnym w Białymstoku w 2016 r., pojechał do sądu po dokumenty, napisał skargę kasacyjną do SN, przygotował też petycję do komisji senackiej, (to jedyna forma, w jakiej RPO może przedstawiać propozycje zmian prawa) ,reprezentował RPO w parlamencie i doprowadził do korzystnego dla Tomasza Piesieckiego wyroku podczas ponownego postępowania sądowego nakazanego przez Sąd Najwyższy. Teraz napisał apelację na rzecz Tomasza Piesieckiego (Fundusz Gwarancyjny apelacji nie zgłosił, więc może być tylko lepiej).

Cezary Walendzik[2]: – To jest skomplikowana sprawa, nawet dla prawnika. Ale też jedyna w swoim rodzaju – w której problem prawny i ludzki łączą się tak mocno. Ale z ludzkiego, nieprawniczego punktu widzenia, już na pierwszy rzut oka było widać, że coś jest nie tak: chłopak na wózku nie ma środków do życia, choć z powodu wypadku ma zwiększone potrzeby. Ale nie wiedzieliśmy, czy te wątpliwości wystarczą, by to wygrać.

Rzecz w tym, że na pewnym poziomie ogólności łatwo uznać, że tu nic nie da się zrobić: przepisy są takie, argumenty takie – i nie ma wątpliwości. Zajęło to nam dwa miesiące – czytaliśmy akta, sprawdzaliśmy po kolei, jak zapadały decyzje, kiedy pan Piesiecki składał wnioski i jakie. Konsultowałem się z kolegami, tropiłem każdą możliwość. I – choć sądy dwóch instancji i liczni prawnicy, do których pan Piesiecki chodził, uznali, że sprawa jest oczywista i nie do ruszenia, to się okazało, że ona nie jest oczywista.

W sumie na tym polega frajda naszej pracy – że to trzeba wymyślić, nie da się zastosować gotowych elementów. Że my to umiemy – a nie każdy.

Mój pomysł polegał na jasnym pokazaniu, że przy zadośćuczynieniu w takiej sprawie nie liczy się tylko to, czy wypłacono wszystko, co było ustalone, ale czy zadośćuczyniono samemu celowi świadczenia: że osobie okaleczonej w wyniku wypadku zrekompensuje się dodatkowe koszty, które do końca życia będzie musiała ponosić.

Ale żeby poznać te różnice, trzeba podjąć decyzję, że robimy tę sprawę, a nie inną. Tymczasem każdy człowiek, który do nas przychodzi, uważa, że jego sprawa jest wyjątkowa, każdy płacze i narzeka. My słuchając uczymy się rozpoznawać, kiedy za krzywdę odpowiada państwo, kiedy los, a kiedy problem jest w samym człowieku. Kiedy się ludzi słucha, czyta wnioski, to w końcu człowiek jest w stanie powiedzieć, kiedy w sprawie jest to coś.

A raczej – po latach pracy człowiek częściej wie niż nie wie.

– Trochę jak u lekarza?

– W sumie tak. Bo większości z nas wystarczy rutynowe traktowanie, terapia. Ale czasem są te szczególne przypadki. I lekarz musi to zauważyć. Jeden ma oko i powie: proszę natychmiast zrobić te i te badania, a inny powie – jeszcze to poobserwujemy. I ten drugi lekarz też jest uważny i sumienny, ale po prostu na co innego zwraca uwagę.

W sprawie pana Piesieckiego pewnie miało znaczenie, że byłem w ekipie RPO na spotkaniu w Białymstoku, słyszałem to i widziałem – a potem dostałem tę sprawę. To jednak zmienia perspektywę, ale – umówmy się – przy 20 tysiącach spraw zakwalifikowanych w Biurze RPO do prowadzenia nie można tak „zobaczyć” każdej z nich.

Ale z tą sprawą postanowiliśmy coś zrobić. W jakiejś mierze była modelowa. Sąd, przyznając w końcu panu Piesieckiemu rentę we wrześniu 2019 r., zastosował jednak ten mechanizm podziału odpowiedzialności – wyznaczył granicę odpowiedzialności Funduszu Gwarancyjnego na połowę sumy. I co z tego, że jest tak wysoka, że nigdy się nie wyczerpie? Napisałem więc apelację – bo tu chodzi o trzyletnie dziecko przejechane przez samochód[3]. Ono nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to zdarzenie – a jego konsekwencje odczuwać będzie naprawdę całe życie. To jest wyjątkowa sytuacja.

Mały Tomasz Piesiecki i wielki Fundusz Gwarancyjny.

W pismach procesowych jego przedstawiciele stale podnosili, że wypłacili panu Piesieckiemu więcej niż musieli. Bo należało się 720 tys. nowych złotych, a oni wypłacili ponad milion. Czyli okazali szczodrość.

Ale skąd się wzięła ta nadwyżka? To są odsetki za zwłokę! Bo przez dłuższy czas dziecko nie dostawało renty. Taka to szczodrość.

Zarzucali panu Piesieckiemu, że jest sprawny i samodzielny, bo jeździ do Sejmu. Że ma dziewczynę – więc nie potrzebuje wsparcia, sam na siebie zarobi. To wszystko było bardzo porządnie argumentowane. I poniżające.

Musiałem zacząć to sprawdzać. Uczyłem się krok po kroku, jak działa Fundusz, jakie przepisy się tu stosuje, jakie zasady. Nadzoruję w Biurze RPO pracę Wydziału Przyjęć Interesantów, znać się muszę naprawdę na wielu dziedzinach prawa. Tego akurat musiałem się nauczyć.

– Jak to było po kolei?

– Zaczęliśmy od sprawdzenia, czy mamy jeszcze czas na zajęcie się sprawą. To jest zawsze kluczowe: przepisy są różne i skomplikowane. Albo czas jest albo już nie. Tu mieliśmy cztery miesiące. To akurat było bardzo komfortowe – czasem przecież piszemy skargi i kasacje w dużo krótszym czasie, po nocach, byle zdążyć.

Miałem czas na ustalenie, że w tym przypadku nie można odpowiedzieć „sprawa jest jak inne, nic się nie da zrobić”. Fundusz w swoich stanowiskach powoływał się na orzeczenia SN, które dotyczyły jednak innych stanów faktycznych. Kluczowe kwestie nie zostały ostatecznie przesądzone.

A potem była kolejna refleksja: tych niuansów, które przeważają na korzyść pana Piesieckiego, nie będzie w sprawach innych pokrzywdzonych osób. A już było wiadomo, że może być ich kilkudziesięciu, kilkuset nawet.

Więc przygotowaliśmy petycję do Senatu, żeby zmienić przepisy. To akurat nie było jakieś arcydzieło. Pamiętam, jak powiedziałem o tym Rzecznikowi Bodnarowi a on zapytał: „czy to pomoże choć jednej osobie?”.

– Więcej niż jednej, Panie Rzeczniku.

– No to składamy.

Oczywiście projekt mógł przepaść. Wiele naszych petycji, choć wynikających z prawdziwych zdarzeń i problemów, przepada.

Był jednak pan Piesiecki. On zyskał przychylność władzy dla tej ustawy. Ustawy, która, umówimy się, dla władzy była przecież obojętna w wielkiej machinie państwa.

– A jak to wyglądało w parlamencie?

– Tam się okazało, że i my możemy budować sojusze. Rzecznik Finansowy miał wybitnego eksperta, pana Aleksandra Daszewskiego. Oni, jak się okazało, próbowali przepchnąć tę sprawę od 2007 r. I nawet im się raz prawie udało. Ale „prawie” robi różnicę.

Niepisana zasada na posiedzeniach komisji parlamentarnych jest taka, że przedstawiciele każdej instytucji zaproszonej na posiedzenie zabierają głos raz. Więc zaczynał Rzecznik Finansowy, Fundusz (a zawsze tam była silna ekipa) odpowiadał, a wtedy my, w imieniu RPO, dodawaliśmy kolejne argumenty. To przekonywało.

Ludzie z Funduszu się w pewnym momencie połapali i na posiedzeniach pojawili się przedstawiciele Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Ale myśmy też byli w stałym kontakcie z panem Piesieckim, zastanawialiśmy się, kto jest dla sprawy kluczowy – gdzie warto pisać. Szło nam tak dobrze, że w pewnym momencie cała sprawa o mało nie zakończyła się źle.

– ???

– Mieliśmy już coś w rodzaju dorozumianego porozumienia z sejmową Komisją Finansów Publicznych, że ani Fundusz, ani RPO ani Rzecznik Finansowy nie będą już postulować poprawek. Bo był lipiec 2019 r., kadencja parlamentu zmierzała do końca, jedno opóźnienie i projekt objęłaby zasada dyskontynuacji. Wszystko by przepadło.

Mieliśmy już zaplanowane trzy czytania, wiadomo było, że głosowanie odbędzie się na posiedzeniu plenarnym 19 lipca 2019 r.

Wszystko posypało się 17 lipca, po godz. 16. Wracałem już do domu, ale cały czas na komórce oglądałem posiedzenie plenarne Sejmu. Była tylko jedna przerwa w transmisji – bo przechodziłem przez przejście podziemne. Wszystko wyglądało OK. Byłem już w pociągu, kiedy zadzwonił p. Piesiecki: Widział Pan? Posłanka PO złożyła wniosek o odesłanie projektu do komisji i solidne jego przerobienie.

To się stało wtedy, kiedy byłem w przejściu. Gdyby nie pan Piesiecki, połapałbym się za późno.

Posiedzenie komisji miało się odbyć o godz. 20. Nawet zdążyłbym wrócić, ale jak wejść do Sejmu, skoro teraz przepustki są wystawiane tylko na podstawie wniosków składanych dzień wcześniej? Piesiecki powiedział, że poprosi o pomoc sekretariat Komisji. Ja zadzwoniłem do sekretariatu RPO, bo tam się pracuje do nocy. Akurat dyżur miała asystentka, która dobrze zna tę sprawę, a wcześniej była moją współpracowniczką. Stanęła na głowie i dostałem tę przepustkę. Tak że mogłem wracać. Zdążyłem tylko koszulę zmienić i pojechałem Uberem do Sejmu.

– Za swoje oczywiście?

– No pewnie.

No i na komisji zaczęliśmy słuchać tej posłanki i zrozumieliśmy jej motywację. Skomplikowany projekt finansowy nagle, na ostatniej prostej przyspiesza, zgoda instytucji rządowych i finansowych jest zaskakująca – taki tryb pracy mógł budzić wątpliwości u kogoś, kto się przez te wszystkie szczegóły nie przegryzł.

Ale wyjaśniliśmy, w czym rzecz. – OK – powiedziała – to teraz my się wstrzymamy w głosowaniu, a na posiedzeniu plenarnym go wycofam.

No i przeszło.

– I pomogliście więcej niż jednej osobie...

– Ale ustawa dotyczy tylko wypadków na terenie Rzeczypospolitej…

– No ale jeśli ktoś ma wypadek za granicą, to i ubezpieczyciel jest zagraniczny, prawda?

– Tak. Ale mamy tu taką jedną sprawę… Ten pan został okaleczony w wypadku za granicą, ale kierowca był z Polski i miał polskiego ubezpieczyciela. I temu panu też się renta skończyła. Jemu państwo polskie nadal mówi, że nic mu się nie należy. Okoliczności jego sprawy są takie, że nie da się jej wygrać w sądzie w oparciu o te niuanse, które znaleźliśmy w sprawie pana Piesieckiego.

– No i co?

– Nie wiem. Ale nie można tego tak zostawić. Przecież ja powinienem był pamiętać, że ta sprawa zdarzyła się w Niemczech. Tyle spraw, i umknęło.

Ale nie możemy tego zostawić. Coś wymyślę. Muszę.PS. 15 maja 2020 r. RPO skierował petycję do Senatu, by zmienić ustawę w taki sposób, by nie ograniczała się tylko do wypadków w Polsce. Do 31 marca 2020 r. z „ustawy Tomasza Piesieckiego” skorzystało 20 osób, a czterem odmówiono pomocy, bo zostały okaleczone w wypadkach za granicą.

 

 

[1] Rozmowa z p. Tomaszem Piesieckim, 2 września 2019 r., autoryzacja – 29 marca 2020 r.

[2] Rozmowa 2 stycznia 2020 r.

[3] Rozprawa była planowana na 15 maja 2020 r., została odwołana ze względu na epidemię.

Galeria

  • Ludzie na sali, w tym osoba na wózku

    Pan Tomasz Piesiecki zgłasza problem na spotkaniu regionalnym w Białymstoku, 27 stycznia 2016
  • Ludzie na sali, młody mężczyzna na wózku

    Spotkanie regionalne w Białymstoku, 11 kwietnia 2019 r. W centrum pan Tomasz Piesiecki opowiada o stanie prac nad ustawą o prawach ofiar wypadków